Patostreaming – zjawisko, które wymknęło się spod kontroli
Jeszcze kilka lat temu transmisje na żywo w internecie kojarzyły się głównie z rozrywką, grami czy spontanicznym dzieleniem się emocjami z dnia codziennego. Dziś jednak coraz częściej stają się narzędziem prowokacji, agresji, a nawet przemocy. Patostreaming, bo tak określa się to zjawisko, polega na publicznym pokazywaniu zachowań, które przekraczają granice prawa i dobrego obyczaju – często dla rozgłosu lub zysku. W praktyce oznacza to transmisje, w których dochodzi do poniżania innych, przemocy fizycznej lub psychicznej, a nierzadko także do popełniania czynów zabronionych.
Choć może się wydawać, że to margines internetu, liczby mówią coś innego. Popularność takich treści rośnie, a ich twórcy często utrzymują się z darowizn i reklam, otrzymując realne pieniądze za materiały o charakterze przemocowym. Dla części odbiorców stają się wręcz bohaterami codzienności – nie dlatego, że robią coś wartościowego, lecz dlatego, że łamią normy. Problemem nie jest więc tylko samo tworzenie tych materiałów, ale również to, że znajdują one publiczność. Właśnie to zjawisko – pozornie spontaniczne, ale napędzane przez ekonomię uwagi – stało się jednym z najbardziej niebezpiecznych skutków swobody publikowania w sieci. Dlatego coraz częściej pojawia się pytanie, czy obecne prawo jest w stanie skutecznie reagować na ten rodzaj przemocy cyfrowej.

Sejm ponad podziałami – wspólna odpowiedź na zjawisko patostreamingu
Dyskusja o tym, jak przeciwdziałać patostreamingowi, trwa od lat. Dopiero teraz jednak doczekała się realnego przełożenia na proces legislacyjny. W ostatnich dniach Sejm rozpoczął prace nad projektem ustawy, która ma wprowadzić konkretne sankcje karne za publikowanie w sieci treści ukazujących przemoc, upokorzenie lub inne czyny zabronione. Projekt zakłada dodanie do Kodeksu karnego nowego przepisu – art. 255b – przewidującego karę od trzech miesięcy do nawet ośmiu lat pozbawienia wolności, jeśli sprawca działał w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. To istotna zmiana, która po raz pierwszy wprost odnosi się do zjawiska patostreamingu.
Co ciekawe, projekt ten zyskał poparcie przedstawicieli różnych ugrupowań politycznych – co w dzisiejszym życiu publicznym nie jest częstym widokiem. Widać więc, że temat budzi społeczne zrozumienie i potrzebę wspólnego działania. W centrum uwagi znalazła się ochrona młodzieży, która najczęściej styka się z przemocowymi treściami w internecie. Posłowie podkreślają, że intencją nie jest ograniczanie wolności słowa, lecz powstrzymanie patologicznych zachowań, które zagrażają bezpieczeństwu i godności uczestników życia online. W efekcie prace nad ustawą stały się nie tylko debatą o prawie karnym, ale także o granicach odpowiedzialności za słowo i obraz w sieci.
Kara jako rozwiązanie? Spór o skuteczność przepisów
Nie wszyscy jednak są zgodni co do tego, że wprowadzenie nowych kar to właściwa droga. Z jednej strony pojawia się silny głos środowisk, które od lat apelują o zdecydowaną reakcję państwa na przemoc w internecie. Rzecznik praw obywatelskich, rzecznik praw dziecka oraz Państwowa Komisja ds. Przeciwdziałania Wykorzystywaniu Seksualnemu Małoletnich wskazują, że brak odpowiedzialności karnej twórców takich treści prowadzi do normalizacji zachowań patologicznych. Ich zdaniem prawo karne powinno obejmować także świadome udostępnianie filmów czy transmisji, w których promowana jest przemoc lub upokorzenie – zwłaszcza, gdy służy to osiągnięciu korzyści finansowej.
Z drugiej strony, eksperci z Sądu Najwyższego, Krajowej Rady Radców Prawnych czy Biura Ekspertyz Sejmu podkreślają, że prawo karne powinno być stosowane z dużą ostrożnością. Zgodnie z zasadą ultima ratio ma ono stanowić ostateczność – środek sięgany dopiero wtedy, gdy inne formy reakcji okazują się nieskuteczne. Ich zdaniem skuteczniejsze mogłyby być działania administracyjne i cywilne: wysokie kary dla platform internetowych, obowiązek natychmiastowego usuwania brutalnych treści czy wzmocnienie odpowiedzialności moderatorów. Dyskusja ta pokazuje, że w tle sporu o konkretne przepisy kryje się dużo szersze pytanie – jak pogodzić ochronę społeczeństwa z poszanowaniem wolności słowa w internecie, który coraz częściej staje się miejscem realnych szkód społecznych.
Patostreaming w codziennym życiu – także blisko nas
Choć o patostreamingu mówi się głównie w kontekście medialnych spraw i głośnych nazwisk, jego ślady widać coraz częściej również w codziennym życiu. Zjawisko to nie zawsze przybiera formę brutalnych transmisji. Czasem zaczyna się od pozornie błahych filmów czy komentarzy – wyśmiewających innych, prowokujących konflikty lub budujących popularność kosztem cudzej godności. Gdy takie treści powielane są tysiące razy, granica między żartem a przemocą zaczyna się zacierać. Problem ten nie omija również mniejszych społeczności.
Bo czy naprawdę możemy powiedzieć, że to dzieje się tylko „gdzieś w internecie”? Wystarczy spojrzeć na to, co trafia do sieci także tutaj – w Gryfinie i okolicach. Krótkie nagranie z ulicy, komentarz w lokalnej grupie, transmisja z pozoru niewinna, a jednak pełna upokorzenia czy agresji. To w takich momentach widać, że patostreaming nie jest odległym zjawiskiem z dużych miast, ale realnym problemem, który dotyka każdej społeczności. W tym sensie dyskusja o odpowiedzialności prawnej za treści w sieci to nie tylko temat dla ustawodawców – to również pytanie o nasze własne granice, empatię i gotowość reagowania na przemoc, nawet jeśli przybiera ona cyfrową formę.
Prawo, wolność i granice odpowiedzialności
Trudno nie zgodzić się z tym, że internet wymaga dziś bardziej precyzyjnych narzędzi prawnych. Wirtualna przestrzeń stała się miejscem, w którym można nie tylko mówić, ale też krzywdzić – często bez świadomości konsekwencji. Patostreaming to przykład zjawiska, które wymyka się tradycyjnym ramom odpowiedzialności. Prawo karne może tu odgrywać istotną rolę, jednak tylko wtedy, gdy będzie stosowane rozważnie i proporcjonalnie. Każda regulacja dotycząca wolności słowa musi bowiem uwzględniać delikatną równowagę pomiędzy ochroną społeczeństwa a prawem jednostki do wypowiedzi.
Niezależnie od kierunku zmian legislacyjnych, samo wprowadzenie kar nie wystarczy. Potrzebna jest także edukacja prawna i cyfrowa, wspieranie odpowiedzialnych postaw w sieci oraz realne działania platform internetowych. Bo ostatecznie to nie ustawa, lecz świadomość użytkowników internetu decyduje o tym, jakie treści zyskują popularność. Warto, by dyskusja o patostreamingu nie kończyła się na pytaniu, jak karać, ale również – jak zapobiegać i jak uczyć młodych ludzi empatii w cyfrowym świecie. I może właśnie w tym tkwi największa szansa: by debata o granicach prawa stała się impulsem do odbudowy odpowiedzialności w sieci, tak samo w dużych miastach, jak i w mniejszych społecznościach – także tu, w Gryfinie.
Powyższy wpis ma charakter ogólny i nie stanowi porady prawnej.
W przypadku pytań dotyczących odpowiedzialności za publikowanie treści w internecie lub innych spraw z zakresu prawa karnego – zapraszam do kontaktu z Kancelarią Adwokacką Adwokat Agnieszka Matula.
